Jump to content
  • Own Creativity
  • Sign in to follow this  
    [Soul]jaboy

    Walka z żywiołami !? Przygoda życia, cz. I

    Recommended Posts

    Posted (edited)

    Witam. Jako iż dawno nie zaglądałem tutaj na forum, ale mnie natchnęło, aby coś napisać, może ku przestrodze dla innych, a może jako moje kolejne opowiadanie tutaj, tym razem jest to dokument oparty na faktach. Zatem miłej lektury wam życzy Soul :)


           Poniedziałek, 13 maj, ale data jest nie ważna. Zacząłem swój urlop. Wybraliśmy się w trójkę do Zakopanego. Tak, ja i moich dwój kumpli z pięknymi planami jak to nie będziemy chodzić po tych górach naszych kochanych. Droga, jak to droga, nic ciekawego, przyjechaliśmy do pensjonatu i pierwszy dzień przesiedzieliśmy na zakupach prowiantu, a następnie siedzieliśmy i wypoczywaliśmy po podróży w naszym pokoju grając w planszówki, karty itp.
           Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano i poszliśmy na śniadanie, gdyż było w hotelu obok. Oglądając wcześniej zza okna co najmniej 10cm śniegu na naszym aucie, gdy dzień wcześniej było wręcz pięknie; każdy z nas w swojej głowie zapewne pomyślał sobie "O kurwa, no to fajnie... ale obiecaliśmy sobie wypad w góry i zdobywanie szczytów". Pogoda była wręcz fatalna, cały czas padał i padał śnieg i śnieg. Widząc ów pogodę postanowiliśmy zaatakować szczyt jakim był "Grześ"(ok. 1650m). Oczywiście nie mieliśmy żadnego profesionalnego sprzętu, tylko same ubrania i obuwie do dobrego już trekingu. Wyruszyliśmy z Doliny Chochołowskiej i szliśmy w stronę Grzesia, robiąc po drodze sobie ciekawe zdjęcia i filmiki na pamiątkę. Po drodze minęły nas dwie dziewczyny, które szybko szły do schroniska i to był jedyne osoby, które w ten dzień tam widzieliśmy na początku naszej wyprawy. Nie pamiętam ile nam to zajęło, ale w końcu dotarliśmy do schroniska, tam szybko coś zjedliśmy i odpoczęliśmy chwilkę. W schronisku spotkaliśmy dwie dziewczyny, które wyprzedziły nas po drodze. Jednak one się szybko zebrały i poszły dalej. Przez okno zauważyliśmy, że skręcają na nasz wybrany wcześniej cel, czyli Grzesia. Razem z kolegami, tutaj dam ich przezwiska może lepiej. Pierwszy z nich Giluś, drugi zaś Kozio; ucieszyliśmy się, że nie jesteśmy jedynymi obłąkanymi turystami, którzy w taką pogodę tam idą. Zaznaczę, że dalej pada śnieg i nie chce przestać ;/. No cóż, poubieraliśmy się z powrotem i ruszyliśmy szlakiem z schroniska na Grzesia. Zaczęła się tutaj dopiero zabawa "wspinaczkowa". Stromo w śniegu koło strumyka pod górkę, a następnie cały czas szlakiem prosto pod Grzesia. Nie wiem dlaczego, ale coś mną szarpnęło i z pod schroniska prosto na Grzesia narzuciłem naprawdę szybkie tempo, przez które straciliśmy dużo siły, ale bardzo szybko zdobyliśmy szczyt wyprzedzając po drodze jedną panią, a później dwóch panów już prawie przy szczycie. Było przed 13:00, a zdobyliśmy Grzesia. Jak było na szczycie? Ogromny, silny wiatr, nagrywając krótki film ze szczytu prawie telefon wypadał mi z rąk. Nie byłem w stanie obrócić się i popatrzeć w stronę wiatru, gdyż był tak silny. Wchodząc, śniegu było już może do połowy łydki i ciągle padało i padało. W głowach rodziły się myśli "Idziemy dalej, czy rezygnujemy?" I Jaki rezultat? było warto!!!. Będąc jeszcze na szczycie widzimy dwie dziewczyny, które nas wtedy minęły, szalone schodziły z Grzesia na dalszy szlak w stronę Rakonia(ok 1850m), nie były daleko, ale jednak kawałem drogi to był. Postanowiliśmy wspólnie, że również spróbujemy zaatakować następny szczyt tak jak one i może je w końcu dogonimy, no bo przecież ileż można za nimi iść :D
           No i stało się, zaczęliśmy schodzić na małą polankę z Grzesia, która później prowadzi na ów Rakoń... Nawet nie wiedzieliśmy co nas dalej czeka...

     

    Kontynuacja: 

     

          Ruszyliśmy, w miarę szybko, gdyż stojąc w miejscu robiło się zimno. Szybko zeszliśmy z Grzesia, dosłownie pojawiając się za  dziewczynami, nawet je wystraszyliśmy przez przypadek, bo nie wiedziały, że jesteśmy za nimi. Tam stojąc po kolana w śniegu poznaliśmy się wszyscy, dodatkową myśląc jak teraz iść dalej, bo nie było widać kompletnie szlaku i musieliśmy torować sobie w śniegu własny. Wszedłeś w zaspę, śnieg po jajca, idąc normalnie, do kolan, cała trasa przez dolinkę to była gra 50/50. Buty? Miałeś już w nich basen, gdyż buty zaczęły kończyć powoli swoją wytrzymałość. Warunki? No... mówiąc krótko, gdy zaczynaliśmy wchodzić pod Rakoń, "zjebały" się jeszcze bardziej, przyszły chmury, widoczność spadała coraz bardziej, ale jeszcze było widać. Zimno? cholernie, dobrze, że każdy miał rękawiczki. Po lewej stronie zbocza lód, na szczęście nie był śliski, ale wiadomo, nikt nie ryzykował, wszyscy dalej idą w śniegu. Idziemy cały czas przed siebie, pod górkę, licząc, że w końcu zdobędziemy tego Rakonia i można wracać. Nagle widzimy z oddali tabliczkę. Mówimy: "Rakoń, na pewno, idziemy zobaczyć". Podchodzimy pod znak, a na nim jedna z strzałek "Rakoń, 10 min drogi". Niestety 10 min drogi w stronę z której przyszliśmy. Nawet nie wiedzieliśmy kiedy go minęliśmy, przecież po drodze nic nie było widać, jak to tak... Postanowienie? Jak już tu jesteśmy to idziemy na Wołowiec(ok 2050m już), a potem spokojnie zejdziemy drugą stroną. Szliśmy dalej pod górę, w tym śniegu, w butach mokro, w brzuchach powoli pusto. Przyszły masakryczne chmury, widoczność? Co to jest? ok. 10 metrów widziałeś drugą osobę, dalej zapomnij. Nie wiedzieliśmy w którym momencie podejścia pod szczyt nawet jesteśmy, zdecydowaliśmy zawrócić, że to nie ma sensu. Schodząc, masakra, bokiem do góry, a to, że by nie poślizgnąć się i upaść, a przede wszystkim zasłonić ten cholerny wiatr, zimny cholerny, strasznie mocny wiatr, miałem kominiarkę a i tak czułem od niego ból na policzkach z zimna. Zeszliśmy na jakąś polankę, do wyboru zostały nam 2 szlaki, w prawo, dosyć stromy, po lodzie w dół. I w lewo,  mniej stromy. Jedna już wtedy z naszych koleżanek zaproponowała, byśmy nim poszli, że ominiemy górkę i zejdziemy od razu na naszego Grzesia. Hmm, przekonało nas to. Schodzimy ów szlakiem, zaczyna coś nam nie pasować. Idziemy w stronę Doliny, której wcześniej nie widzieliśmy. Szybko, wyciągamy mapę, patrzymy: "O Kurwa mać, jesteśmy gdzieś na Słowacji" Szybka decyzja co robimy, zaczyna się już robić w miarę późno. Zdecydowaliśmy, że znajdziemy po stronie Słowacji jakiś szlak, którym wrócimy na Grzesia. W końcu coś znaleźliśmy, idziemy tym szlakiem cały czas przed siebie, już kompletnie bez sił, wyczerpani. Nagle STOP, koniec szlaku, jesteśmy w połowie zbocza góry, widzimy szlak po drugiej stronie, jednak między nami jest prawie pionowa, długa na bo ja wiem 20-30m ściana lodu, pierwsza myśl, idziemy po niej na drugą stronę. Były próby, odpada, bez raków pewna jazda ekstremalna na sam dół, za ślisko i stromo. Powrót tą samą trasą na polankę? Odpada, stracimy co najmniej godzinę czasu. Myśli jakie nam przechodziły przez głowę? Na pewno od dzwonienia na pomoc po TOPR Słowacki, po te najgorsze scenariusze, które wam pewnie przychodzą do głowy.

    Nasza szybka decyzja to...

     

     

    Szybka doklejka historii, następna kontynuacja, gdyż jak widzicie to nie jest jeszcze koniec, będzie już w osobnym temacie i jutro po pracy, gdyż tutaj byłoby to już za długie... no chyba, że chcecie, ale to dajcie wtedy znać. Ja uciekam spać, miłej nocy.

    Edited by [Soul]jaboy

    Share this post


    Link to post
    Share on other sites
    Guest
    This topic is now closed to further replies.
    Sign in to follow this  

    ×
    ×
    • Create New...

    Important Information

    By using this site you agree to Privacy Policy.